Wojciech Pawłowski: Chcę skupić się na Górniku i dobrze tu wyglądać ()

- Za każdym razem będę powtarzał, że młodość ma swoje prawa. Czasu nie cofnę, ale mogę coś naprawić. I staram się to robić – mówi bramkarz Górnika Zabrze.
» Niedawno skończył pan 24 lata. Na bramkarza to sporo czy wciąż niewiele?
Wojciech Pawłowski: - Jest takie przysłowie: im bramkarz starszy, tym lepszy. Jakiś bagaż doświadczeń mam, swoje w życiu przeszedłem, a jeśli podejmę odpowiednie decyzje, mogę pograć w piłkę jeszcze przez kilkanaście lat. Patrząc na klasowych golkiperów, niektórzy występują przecież do czterdziestki. Nie zawracamy sobie głowy tym, co będzie później. Najważniejsze, że jestem teraz w Zabrzu. Chciałbym być wiosną z siebie zadowolonym, by klub był szczęśliwy, że mnie zakontraktował.

» Lechia, Udinese, Latina, Śląsk, Bytovia, Rozwój, Górnik… Jak się spojrzy na pana CV i listę klubów, to można złapać się za głowę?
- W różny sposób to można odebrać. Jedni powiedzą, że skoro Pawłowski był w tylu klubach, to na pewno musi coś umieć i ma coś w sobie. Niektórzy mogą jednak też stwierdzić, że coś z tym Pawłowskim musi być nie tak, skoro nie umie się zadomowić w jednym miejscu, a co pół roku zmienia otoczenie.

» I jedni i drudzy będą mieli rację?
- Dokładnie. 50 na 50. Niczego jednak nie żałuję, a to, co mogę naprawić, to naprawiam. Staram się, by wszystko u mnie wyglądało na poziomie. Z każdego klubu mam jakieś doświadczenia. Pracowałem z różnymi trenerami, od każdego czerpałem wiedzę i na pewno jestem o te doświadczenia mądrzejszy. Były różne sytuacje, które nie powinny się zdarzyć, ale się zdarzyły. Czasu nie cofnę.

» Rozwiązując latem kontrakt z Udinese, było trochę żal, że tak się to potoczyło?
- Trochę na pewno. Byłem w wielkim klubie, w młodym wieku. Mam tylko żal o jedno – że nie dostałem ani jednej szansy pokazania, co potrafię, w oficjalnym meczu. Samego wyjazdu jednak nie żałuję. Wiele się nauczyłem, bardzo dużo zobaczyłem i poznałem świetnych ludzi. Mimo wszystko, jest więcej plusów niż minusów.

» Najpiękniejsze wspomnienie z Włoch?
- Dużo ich było. Jako gówniarz zwiedziłem każdy stadion w Serie A. Byłem drugim bramkarzem w Lidze Mistrzów i Lidze Europy. Graliśmy z Liverpoolem czy mocnym wtedy Anży Machaczkała. To dla młodego, niedoświadczonego chłopaka było wielkim wydarzeniem. Nawet same treningi z piłkarzami wartymi po kilkanaście milionów euro to coś. Mogłem zobaczyć, jak zachowują się na co dzień w szatni, jakie mają podejście do młodych zawodników. To przecież ludzie z ułożonym życiem, którzy nie muszą się o nic martwić. Mega przeżycie. Gdybym miał decydować, czy wyjechać do Udine jeszcze raz, to bym to zrobił.

» W listopadzie, po jednej z porażek Górnika, zobaczył pan w internecie zdjęcie zapłakanego małego kibica. Odszukał go pan, zaprosił do klubu. To taki kontrast, że kiedyś był pan aroganckim młokosem, a teraz zrobiła się z pana ciepła, serdeczna osoba.
- Za każdym razem będę powtarzał, że młodość ma swoje prawa. Czasu nie cofnę, ale powtarzam, że mogę coś naprawić. I staram się. Chcę być po prostu dobrym człowiekiem, pomagać innym ludziom. A co do tamtego chłopaka – naprawdę zakuło mnie trochę w sercu, gdy zobaczyłem go zapłakanego, bo nie doczekał takiego wyniku Górnika, jakiego oczekiwał. Zobaczyłem w nim jakby siebie sprzed lat. Też kiedyś byłem mały, miałem swój ulubiony, ukochany klub, ubierałem się w jego koszulki czy szaliki, oglądałem większość meczów. I gdy przegrywał, też płakałem, leciałem do mamy.

» To nie jest mimo wszystko codzienność, że takie akcje wychodzą od piłkarzy.
- Może codziennością nie, ale jakąś wielką rzadkością – też nie. Przecież często ligowcy włączają się w różne inicjatywy, pomagają potrzebującym. Jeśli tylko jest możliwość pomocy – dlaczego nie? Wizyty w szkołach, domach dziecka, charytatywne akcje to powinna być norma. Tych „większych” piłkarzy stać też, by czasem wesprzeć jakimś groszem. To daje dużo radości potrzebującym, ale tobie też. Jeśli jesteś dobrym człowiekiem, życie zawsze oddaje.

» Odchodząc z Rozwoju mówił pan, że decyzja o wyborze kolejnego klubu musi być bardzo przemyślana. Długo to trwało, kontrakt z Górnikiem podpisał pan dopiero w listopadzie.
- Tak naprawdę, aż do ostatnich dni okienka przeciągały się rozmowy z Udinese o rozwiązaniu kontraktu. A wiadomo, że im później, tym gorzej. Długo musiałem czekać, aż podpiszemy porozumienie. Gdy to się stało, wszystkie kluby miały już skompletowane składy i nie było to takie proste, by coś szybko złapać. Musiałem liczyć na czyjąś kontuzję, tylko to mnie ratowało. Oczywiście, absolutnie nie życzyłem nikomu źle, ale albo to – albo czekać do zimy. Zdarzyło się tak, że nieszczęście spotkało Mateusza Kuchtę. To sprawiło, że zgłosił się do mnie Górnik. Jestem naprawdę zadowolony z bycia w Zabrzu.

» Latem był pan bardzo blisko Ruchu Chorzów.
- Byłem. Praktycznie już się dogadaliśmy, ale wiadomo, jak to jest w piłce. Nigdy nie ma niczego pewnego na 100 procent. Dopóki nie złoży się podpisu na papierze, to wszystko może się zdarzyć.

» Czuł pan duży żal? Była szansa powrotu do ekstraklasy.
- Trochę tak, ale jakoś szczególnie się nie napinam, że od razu muszę grać w ekstraklasie; że „teraz albo nigdy”. Staram się robić swoje, być coraz lepszy, powiększać swoje umiejętności najbardziej jak mogę. Jeśli będę dobrze bronił, to kluby będą się zgłaszać. Na razie nie myślę jednak o tym, co będzie za jakiś czas. Chcę skupić się na Górniku i dobrze tu wyglądać. A co ma przyjść, to przyjdzie.

» Musiał być pan pewny siebie, idąc do klubu, w którym grają Grzegorz Kasprzik i Mateusz Kuchta.
- Każdy zawodnik powinien znać swoją wartość i być pewny tego, co potrafi. Ja to wiem, dlatego nie boję się żadnej rywalizacji. Jeśli będę ciężko pracował i dawał z siebie wszystko, to musi to zaowocować.

» Nie obawiał się pan więc, że w Górniku będzie problem z graniem?
- Nie. To była sytuacja na zasadzie „co ma być, to będzie”. Nie miałem pięciu klubów do wyboru. Tu tacy bramkarze, tam siacy bramkarze… Po prostu musiałem iść tam, gdzie miałem propozycję. Nie miałem wyjścia, niczym nie ryzykowałem.

» Sam powiedział pan, że „życie oddaje”. Może więc to lato było takim „gongiem” za to, co dawniej, kiedy mówił pan, że już nie wróci do polskiej ligi?
- Może coś w tym jest, że w taki dziwny sposób los mi oddał za te poprzednie lata. Wierzę, że co miał oddać, to już oddał. Oby teraz przede mną były już tylko dobre chwile.

» Zadebiutował pan w Górniku w meczu ze Stalą Mielec – ostatnim jesienią.
- Dziwne uczucie. Od ostatniego występu w Rozwoju minęło kilka miesięcy. Wskoczyłem do bramki, by za chwilę znów mieć przerwę i przygotowywać się od nowa. W Mielcu zdarzyło mi się kilka złych decyzji czy zagrań, które mogły być lepsze, ale nie miały negatywnego wpływu na wynik. To nie takie proste, by po przerwie wejść do bramki i mieć 100 procent dobrych decyzji. Nie ma co narzekać. Teraz trzeba robić swoje i być gotowym na 4 marca.

» Przed panem kolejna I-ligowa wiosna. Rok temu z Rozwoju jednej „mission impossible” wykonać się nie udało, bo klub spadł. To może wyjdzie druga, czyli awans z Górnikiem?
- Mamy bardzo dobry zespół, bardzo dobrych piłkarzy i odpowiednią atmosferę. Osiem punktów straty to nie jest Bóg wie jak wiele. Nie ma przepaści. Jeśli przygotujemy się, podejdziemy do tematu na 100 procent i wszyscy będziemy w to wierzyć… Jest to do zrobienia.

Cała rozmowa w "Sporcie".

źródło: Sport



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2021 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera]