Forum
 

Jeleń: Zamiana porsche panamera na malucha

- Mój powrót z Francji do Polski można by porównać do zamiany porsche panamera na malucha - mówi Ireneusz Jeleń, napastnik Górnika Zabrze. 
.
Wyluzowany pan, spokojny.
Ireneusz Jeleń: - Czuję, że wszystko idzie w dobrym kierunku i mogę być znowu w dobrej formie. To zupełna odmiana, bo jeszcze niedawno nie było ze mną dobrze.

Miał pan depresję?
- Po odejściu z Podbeskidzia dopadł mnie kryzys.

I co pan planował?
- W sumie kryzys zaczął się pogłębiać już w listopadzie, po moim drugim meczu z Zagłębiem Lubin (2:1), w którym nie wykorzystałem sytuacji sam na sam. To był gwóźdź do trumny. Następnie zagrałem pięć słabych meczów. Kiedy odszedłem z Podbeskidzia, myślałem o zakończeniu kariery. Nie mogłem sobie tego wszystkiego poukładać.

Czego?
- Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego od półtora roku, czyli od odejścia z Auxerre, zaczynam rundę bez klubu, przygotowuję się sam, po czym zaczepiam się gdzieś w ostatniej chwili. Czułem też, że zawiodłem w Bielsku-Białej. Każdy na mnie liczył, bo Podbeskidzie grało słabo, a ja nie byłem w stanie pomóc.

Co panu pomogło?
- Marzenia. Jeszcze parę lat temu, jak strzelałem wiele bramek dla Auxerre, planowałem, że gdy wrócę do Polski, chciałbym zakończyć karierę w Górniku Zabrze. Gdy było ze mną źle, rodzina i menedżer uświadomili mi, że zawsze chciałem grać przecież dla Górnika. Kibicowałem temu klubowi od dziecka. Nawet będąc we Francji, oglądałem jego mecze. Ten pomysł wydał mi się nagle świetnym rozwiązaniem. Odżyłem, odnalazłem cel. Wybrałem dobrą drużynę, z dobrym trenerem, walczącą o europejskie puchary, z budującym się stadionem. I kolegów z osiedla ucieszyłem, bo ode mnie z Ustronia bardzo dużo osób kibicuje właśnie klubowi z Zabrza.

Kto wykonał pierwszy krok, pan czy Górnik?
- Do mojego menedżera najpierw zadzwonił wiceprezes zabrzan. Niedługo potem dowiedziałem się, że mam pojechać do Zabrza na badania. Od razu po nich miałem trening z pierwszą drużyną i rozmowę z trenerem Nawałką.

Co powiedział?
- Przekaz był krótki i treściwy. Był zadowolony, że przychodzę. Trener trzyma dyscyplinę w drużynie, umie doprowadzić każdego zawodnika do optymalnej formy. Chcę, żeby wszystko wycisnął też ze mnie. Podoba mi się atmosfera w drużynie, zaangażowanie na treningach i meczach. Znowu mogę walczyć o najwyższe cele, bo gramy przecież o mistrzostwo kraju. Mam zaufanie do trenerów i wiem, że dobrze przygotują mnie do rundy.

Znowu podpisał pan krótkoterminowy kontrakt, zaledwie do czerwca...
- Nie boje się, że znowu skończy się, jak w ostatnich dwóch klubach. Co się wydarzy po sezonie, pozostaje sprawą otwartą. Nie wykluczam, że zostanę w Górniku.

Skąd ten optymizm?
- Z pełną odpowiedzialnością mówię, że na pewno będą efekty. Gdy w Podbeskidziu podpisywałem kontrakt, wiedziałem, że za parę dni zagram w lidze. A nie byłem przygotowany. Nie da się oszukać czasu i pięciu miesięcy bez treningu, bo przecież od momentu rozwiązania umowy z Lille przygotowywałem się sam. Brakowało mi pewności siebie. Kiedyś strzeliłem nieprawdopodobną bramkę z PSG grając jeszcze w Auxerre. Z zerowego kąta. Przez kilka dni nie potrafiłem zrozumieć, jak to wpadło! Potem zdałem sobie sprawę, że wtedy zadziałał automat, a ja czułem się świetnie i psychicznie, i fizycznie.

A jak w Zabrzu nie uda się wrócić do formy?
- Nie chce deklarować, że wtedy na przykład zakończę karierę.

A bierze pan to pod uwagę?
- W piłkę nie gra się przez całe życie. Po pewnym etapie kariery trzeba zająć się czymś innym.

Ma pan coś konkretnego na myśli?
- Może otworzę szkółkę piłkarską w Cieszynie. Może jakiś biznes. Ale teraz myślę jedynie o graniu w piłkę.

Odszedł pan z Podbeskidzia w obawie, że spadek do I ligi pozostawi rysę w pańskim CV?
- Pojawiały się takie myśli, a jestem ambitny i chciałem grać o wyższe cele.

W jakiej atmosferze opuścił pan klub?
- Normalnej. Byliśmy dogadani, że ostatniego dnia grudnia odchodzę i nikt mi nie robił problemu. Nie było żadnych konfliktów, rozstaliśmy się w dobrej atmosferze. Chcieli, bym wrócił, ale ja dwa razy do tej samej rzeki nie wchodzę.

A gdyby zadzwonili z Auxerre?
- Był taki temat, gdy Auxerre spadło do Ligue 2. Powiedziałem nie. Podobnie w przypadku AS Nancy. Trener Jean Fernandez, z którym współpracowałem w Auxerre, chciał mnie sprowadzić także teraz, w styczniu. W Auxerre rozstaliśmy się w niemiłej atmosferze. Menedżer mnie namawiał, żebym się nie wygłupiał i przyjął ofertę, ale nie potrafiłbym współpracować z Fernandezem ponownie. Bardzo mu ufałem, grałem dla niego nawet z niedoleczonymi urazami, bo on i drużyna na mnie liczyli.

Co pan myśli dziś, siedząc tu na kanapie w Zabrzu, wspominając stare czasy, gdy był pan na ustach wszystkich we Francji, gdy grał w Lidze Mistrzów i reprezentacji Polski?
- Okres w Auxerre będę wspominał bardzo miło do końca życia. Szczególnie ten sezon, kiedy byliśmy kandydatem do spadku, a do samego końca walczyliśmy o mistrzostwo Francji. Później awansowaliśmy do fazy grupowej Ligi Mistrzów po mojej bramce z Zenitem St Petersburg. Dla takich chwil warto żyć. Pewne etapy się jednak kończą. Po pięciu latach mój kontrakt z Auxerre wygasł. I nie zaproponowano mi nowego.

Wracając do Polski bał się pan trochę, że może się już z naszej ligi nie wyrwać?
- Pierwsze zetknięcie z Podbeskidziem było szokujące. Poniekąd byłem przygotowany, ale... Oni nie mają nawet swojej bazy treningowej. Byłem jednak w takim momencie, gdzie przez pięć miesięcy trenowałem indywidualnie i nie mogłem znaleźć klubu. Na początku broniłem się jeszcze przed powrotem do kraju, ale z dnia na dzień się przekonywałem. Wolałem zagrać choć kilka spotkań w ekstraklasie, niż czekać bezczynnie. Nie mogłem jednak zostać w Podbeskidziu. Nie było żadnych perspektyw. Powrót z Francji można by porównać do zamiany mojego porsche panamera na malucha.

Polska to dla pana okres przejściowy?
- Chciałem zostać za granicą jeszcze dwa lata, kiedy rozwiązałem kontrakt z Lille po EURO 2012. Nie udało się. Teraz patrzę na to żeby się jak najszybciej przygotować i znowu grać, bo polska liga ruszyła, a mecze uciekają.

Miał pan zimą oferty z przeróżnych lig, jak Tajlandia, Chiny czy Arabia Saudyjska. Jakie kluby były zainteresowane?
- Jak wspomniałem, AS Nancy i szwajcarski Luzern. Miałem wyjechać też do Grecji, do fajnego znanego klubu.

Olympiakosu Pireus?
- Tego drugiego bardzo znanego. Ale prezesi wybrali ostatecznie innego zawodnika. Musiałem obejść się smakiem.

Podkreśla pan, że został w Polsce także ze względu na chorego tatę.
- Dowiedzieliśmy się na początku roku, że tata ma nowotwór... Cała rodzina walczy razem z nim, podtrzymuje go na duchu, tak żeby on też walczył o siebie i się nie poddawał. Jeśli będzie walczył i wierzył w sukces, wyjdzie z tego. Jesteśmy w stałym kontakcie z lekarzami. Doktor mówił, że jeżeli tata będzie myślał pozytywnie, tylko na tym skorzysta. On też kiedyś grał w piłkę. Cieszę się, że poszedłem w jego ślady.

W Górniku zarabia pan skromne 10 tysięcy złotych miesięcznie.
- W Podbeskidziu też nie zarabiałem dużo. W Górniku mam kontrakt motywacyjny. Podkreślałem, że nie gram dla pieniędzy. Zarobię więcej, gdy będę dobrze grał.

Wie pan, że selekcjoner Waldemar Fornalik często pojawia się na meczach na Śląsku.
- Tak, ale dla mnie teraz najważniejsze są treningi. Może osiągnę dobrą formę, a trener Fornalik nie będzie miał wyjścia, i mnie powoła.

źródło: Przegląd Sportowy



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2018 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online