Forum
 

Marek Majka: Dziś Górnik z tamtych lat grałby w Lidze Mistrzów

- Dziś pewnie Górnik z tamtych lat rok w rok grałby w Lidze Mistrzów. Możemy tylko "gdybać" - mówi Marek Majka, były piłkarz Górnika Zabrze.
5 stycznia skończył 54 lata, kilkanaście dni później podjął pracę w niewielkim klubie, LKS Szaflary. To klub ligi okręgowej w okolicach Nowego Sącza. Po jesieni jest czwarty, za Łososiem Łososina Dolna, a przed Jordanem Jordanów. Pewnie nie wszyscy jego podopieczni wiedzą, że w połowie lat 80. ubiegłego wieku Marek Majka był jednym z najlepszych prawych pomocników w Polsce, cztery razy z rzędu sięgając z Górnikiem Zabrze po mistrzostwo kraju. Jest też wychowankiem Piasta Gliwice, więc trudno o lepszą okazję, by przypomnieć jego sylwetkę przy okazji poniedziałkowych derbów Górnika z Piastem.

Trzydzieści lat temu Górnik sprowadził z Piasta... No właśnie, kogo – napastnika czy pomocnika?
Marek Majka: - Zdecydowanie napastnika. W Gliwicach praktycznie całą „dorosłą” piłkę grałem w ataku, stąd sporo goli które strzeliłem. W Zabrzu zacząłem w przodzie, ale gdzieś w 6-7 kolejce trener Zdzisław Podedworny wystawił mnie na prawej pomocy. Zostałem tam już do końca kariery. Mój transfer odbył się w cieniu Andrzeja Zgutczyńskiego, którego Górnik za wielkie miliony kupił z Bałtyku Gdynia. Inna rzecz, że praktycznie dwoma nogami byłem już w Stali Mielec.

Skąd ten pomysł?
- Stal spadła z ekstraklasy i chciała szybko do niej wrócić, a ja po przegranym przez Piasta finale Pucharu Polski chciałem dostać... mieszkanie. Byłem trzy miesiące po ślubie, mieszkaliśmy w Gliwicach z teściami, a klub tylko rozkładał ręce, mówiąc, że się nie da. W Stali mnie znali, bo trzy lata wcześniej trenowałem u nich kilkanaście dni. Jeszcze z Andrzejem Szarmachem, który pakował się do Francji. Mieszkanie dali, byłem praktycznie zdecydowany, ale zadzwonili z Gliwic, że mam szybko wracać, bo jest oferta z Zabrza.

Dlaczego nie było jej wcześniej?
- Piast był klubem działającym w cieniu Górnika, Ruchu czy nawet Polonii, ale możni nie brali piłkarzy z Gliwic. Jedynym wyjątkiem był Andrzej Buncol, który trafił do Ruchu. Decydowała polityka. Z Piastem bardzo blisko związany był Zbigniew Messner, późniejszy premier, więc nikt specjalnie nie chciał szukać problemów. Tak doskonali piłkarze w Gliwicach zresztą nie grali, żeby iść z klubem na wojnę.

Górnik jednak po pana sięgnął.
- Prezesem Piasta w tym czasie był dyrektor jednej z kopalń, więc drogą górniczą było łatwiej. W tym wypadku dodatkowy argument był inny i z punktu widzenia interesu śląskiej piłki słuszny. Zabrzanie twierdzili, że skoro i tak mam z Piasta odejść, to dlaczego muszę opuszczać Śląsk?

Rozumiem, że klub szybko pana przekonał.
- Na rozmowę z prezesem Janem Szlachtą zostałem zaproszony do siedziby gwarectwa. Trwała krótko. Dostałem mieszkanie, pieniądze na zagospodarowanie, dobrą pensję i zapewnienie, że Piast też nie straci. Zarobki poszły w górę niemal trzykrotnie, a premie za wygrane mecze były w Górniku chyba cztery razy wyższe niż w Gliwicach. Tak szczerze, to z Mielca... uciekłem.

Zostańmy jeszcze przy Okrzei. Wspomnianego Buncola poznał pan bardzo wcześnie.
- W trampkarzach! Jesteśmy z jednego rocznika, byliśmy świetnymi kolegami. Kiedy – już jako piłkarz Ruchu – zdobył medal na MŚ juniorów w Japonii, gdzie grał przeciwko Maradonie, zaprosił nas na świetną imprezę. Potem graliśmy przeciwko sobie kapitalne mecze – on w Legii, a ja w Górniku. Ostatnio kontakt się jednak urwał. Andrzej w Polsce bywa rzadko, więc ostatni raz widzieliśmy się na meczu oldbojów w Niemczech, w 2006 roku.

Na Piasta był pan pewnie skazany.
- Grał w nim ojciec, ale nie dzięki niemu trafiłem do klubu. Mieszkaliśmy blisko stadionu i często kopałem z kolegami piłkę na bocznym boisku, gdzie dziś jest parking. Jeden z trenerów nas zobaczył i kazał przyjść na trening. Byłem tak mały i tak chudy, że chyba mało kto wierzył, że wyrośnie ze mnie piłkarz. A jednak wyrósł.

Czterokrotny mistrz Polski i trzykrotny finalista Pucharu Polski. Wszystkie finały pan jednak przegrał. Dwa pierwsze z Piastem.
- Pierwszy w 1978 roku. Miałem 19 lat i był to mój pierwszy sezon w „dorosłym” Piaście, gdzie szansę debiutu dał mi Stanisław Oślizło. Po drodze do finału ograliśmy między innymi Stal i Lecha. Tego ostatniego 3:1. Wtedy jeszcze nie grałem, bo chodziłem do klasy maturalnej i praktycznie nie trenowałem z zespołem. Jednak w finale trener dał mi zagrać na Stadionie Śląskim z Zagłębiem Sosnowiec. Mecz był bez historii. Zagłębie było klubem sekretarza Edwarda Gierka i musiało wygrać. Wszedłem przy wyniku 0:2, nic nie mogło się już zmienić. Drugi finał to rok 1983. Wtedy my byliśmy faworytem.

Piast druga liga, Lechia Gdańsk trzecia...
- No właśnie. Przed finałem głośno mówiono w Gliwicach o rozbudowie stadionu i zastanawiano się, na kogo trafimy w pucharach. W drodze do finału graliśmy kapitalne mecze. 4:2 z Gwardią Warszawa Wdowczyka i Dziekanowskiego. Strzeliłem wtedy dwa gole. Potem Bałtyk Gdynia 2:1 i też mój gol. Na Wisłę z Iwanem w składzie przyszło na Okrzei ponad 10000 ludzi. Wygraliśmy 1:0. W końcu półfinał i 1:0 z Lechem, wtedy najlepszym klubem w Polsce. Środkowych obrońców mieli po 190 cm wzrostu, a gola głową strzelił im niejaki Marek Majka. Byliśmy faworytem finału, ale zagraliśmy słabo. Jacyś spięci, bez ikry... Szybko było 0:2. Odpowiedzieliśmy tylko jednym golem i to Lechia zagrała z Juventusem. Za to z Jackiem Grembockim, wtedy graczem Lechii, stworzyliśmy po kilku latach w Górniku prawą stronę boiska. Całkiem niezłą.

Żal był wielki?
- A nie? Wtedy, bo dziś twierdzę, że ta porażka pchnęła moją karierę do... przodu. Gdybyśmy wygrali, to na pewno nie odszedłbym z Gliwic. Nie byłoby czterech mistrzostw, meczów z Bayernem, Olympiakosem czy Rangersami.

Trzeci finał to 1:4 z GKS Katowice na Stadionie Śląskim. Już w Górniku i też byliście faworytem.
- To nie był „mój” szczęśliwy stadion. Jechaliśmy tam jako mistrz Polski i wielki faworyt. Połowa drużyny szykowała się na mistrzostwa świata w Meksyku, wygrana wydawała się formalnością, choć Andrzej Iwan i Marek Kostrzewa byli wtedy w gipsie. A GKS? Co kontra to gol. Jasiu Furtok był tego dnia nie do zatrzymania. Szampany czekały w szatni. Nikt ich nie otworzył.

Kiedyś wspomniał pan, że jako młody chłopak zaliczał większość meczów Piasta i Górnika.
- Z ojcem i wujkiem. Piast grał wcześniej, bo nie miał świateł. Potem jechało się do Zabrza. Czasami jeszcze Szombierki, a jak były derby z Górnikiem, to jeszcze na Ruch. Komu to przeszkadzało? Żadnych kart kibica, zdjęć, bramek i burd. Na Górnika jeździło pewnie po kilka tysięcy ludzi z Gliwic, a już na pewno większość Sośnicy. Taki mecz, jak jesienne derby, kiedy połowa nowoczesnego stadionu w Gliwicach była pusta, nie miał się wtedy prawa zdarzyć. 25 lat temu spotkanie Piast – Górnik chciałoby zobaczyć pewnie 30000 ludzi.

Trafił pan do Górnika, który jeszcze nie „rządził” polską ligą. Zaczęto jednak tworzyć zespół, który nie miał sobie przez lata równych.
- Choć został zbudowany praktycznie z samych Ślązaków, sprowadzanych z niewielkich, ościennych klubów. Andrzej Zgutczyński był z Bałtyku, ale pozostali? Cebrat, Dankowski, Gunia, Komornicki, Matysik, Pałasz, Cyroń... Tychy, Knurów, Rybnik, Gliwice, Zabrze.... Dlatego ten pierwszy tytuł cieszył najbardziej. Zabrze czekało 13 lat, cały czas słyszeliśmy porównania do wielkich nazwisk z lat 70. Wiele pada opinii na temat metod pracy Huberta Kostki. Że kat, że trudny we współpracy... Powiem panu, że w Gliwicach miałem trenerów, u których „zapieprzało” się jeszcze więcej. Tak się wtedy pracowało. Kostka zrobił z nas drużynę, mieliśmy swój styl, charakter, wypracowane schematy... On wprowadził każdego z nas na inną półkę, z której już potem nie zeszliśmy. To najlepszy trener, jakiego miałem. A charakter? To była praca, za którą dostawaliśmy dobre pieniądze, nikt nie musiał trenera kochać. Przez ponad trzy lata nie miałem z Kostką żadnej scysji, a raz totalnie mnie zaskoczył. Z powodu kontuzji kolana straciłem całą zimę, a jednak kiedy zaczęła się runda wiosenna od początku grałem w pierwszej jedenastce.

Kolejni trenerzy, kolejne tytuły?
- Byliśmy tak mocni, że nie dało się tego popsuć, chyba że zrobiliby to sami piłkarze. A dochodzili naprawdę świetni. Urban, Iwan, Grembocki czy Robert Warzycha. Był trudny moment, kiedy coś zaczęło się psuć za kadencji Lesława Ćmikiewicza, ale przyszedł Antoni Piechniczek, zobaczył, jakim składem graliśmy pół roku wcześniej i do tego wrócił. Żadnego kombinowania, wielkich zmian, tylko zaufanie do piłkarzy. 13. i 14. tytuł wygrywaliśmy bez wielkiej historii.

Ze wspomnianym Buncolem graliście w sezonie 1985/86 mecze, które były ozdobą ligi.
- Jesienią ograli nas w Dzień Wojska Polskiego 4:1 w Warszawie. Chyba jedyny raz podczas mojej gry w Górniku cały stadion skandował nam „na kolana”. To było jak nóż w plecy. A potem Zabrze... 1,5 godziny przed meczem przyjechalismy na stadion zobaczyć murawę, a na trybunach było już wtedy 25000 ludzi. Wygraliśmy 3:0. Trener Engel po latach sugerował, że Legia nie chciała wtedy wygrać, ale to totalna bzdura. Starsi piłkarze musieliby o tym wiedzieć. Byliśmy o klasę lepsi piłkarsko, zresztą to nie była ostatnia kolejka. Potem Legia przegrała w Sosnowcu, my wygraliśmy w Poznaniu i wracając do Zabrza trener Kostka pozwolił na „wesoły” autobus. Byliśmy mistrzem Polski.

Najlepszy piłkarz „tamtego” Górnika?
- Na pewno Andrzej Iwan. Mój rocznik, autentycznie podziwiałem go już lata wcześniej, kiedy zaczynał grać w Wiśle. Ktoś powie, że Janek Urban, ale „Ajwen” był absolutnie kompletny. Gra głową na poziomie światowym, obie nogi, boiskowa inteligencja, siła... Kostka wysłal działaczy do Krakowa i powiedział, że bez Iwana nie mają po co wracać, a przecież Wisła spadła z ligi. Poza tym trapiony urazami Iwan wydawał się dla wielu skończony. Na podium byłby jeszcze Andrzej Pałasz.

Iwan w swojej biografii przyznał, że w Górniku, szczególnie po odejściu trenera Kostki, miał już bardzo duży problem z alkoholem.
- Wiedzieliśmy, że nie jest abstynentem, ale to były czasy, kiedy alkohol w futbolu po prostu był. Wiedzieliśmy jednak, kiedy można się bawić, a kiedy nie. Nie było jednak przez te wszystkie lata jednego przypadku, żeby Andrzej z powodu wódki nie był gotowy do gry i przygotowany do meczu.

Minus to pewnie europejskie puchary.
- Niby tak, ale jakie to były puchary. Sami mistrzowie. Bayern, Anderlecht – wtedy jedna z lepszych drużyn w Europie, Olympiakos Pireus, Glasgow Rangers. W Brukseli Ćmikiewicz tak pokręcił skład i taktykę, że nikt nie wiedział, co mamy grać. Najbardziej żal Bayernu. Na Stadionie Śląskim Gienek Cebrat nie miał swojego dnia i przegraliśmy 1:2. W Monachium prowadziliśmy, do przerwy było 1:1, ale w drugiej połowie w piłkę grał już tylko Bayern. Dziś pewnie Górnik z tamtych lat rok w rok grałby w Lidze Mistrzów. Możemy tylko "gdybać".

* * *

Marek Majka w Górniku
Trafił w roku 1983, odchodził pięć lat później. W tym czasie cztery razy został mistrzem Polski. Zagrał w lidze 138 meczów, w których strzelił 31 goli. Sporo, jak na prawego pomocnika, bo na tej pozycji występował na Roosevelta. Antoni Piechniczek swego czasu powiedział, że z piłkarzy Górnika, których nie powoływał do kadry, a powinien, najbliżej był tego Majka.

źródło: Przegląd Sportowy



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2018 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online