Danch: Nie było imprezy, żeby nas z lokalu nie wyrzucali

O grze w Górniku, a jednocześnie życiu w dzielnicy sympatyzującej z Ruchem. O śląskiej gwarze, kapuście na obozie w Turcji i awanturach na imprezach w „Pomarańczy”. O Piszczku, którego szanowała cała szkoła, Leonie od kogutów, pracy w kopalni i ciężkich chwilach załamania. 24-letni kapitan Górnika Zabrze, niedawno powołany do reprezentacji na mecz z Anglią. Adam Danch w wywiadzie dla Weszło.com, jakiego – nie boimy się tego napisać – on sam nigdy dotąd jeszcze nie udzielał.

Jesteś kapitanem Górnika. Numerem jeden pod względem liczby meczów w Zabrzu spośród wszystkich zawodników obecnego składu, a tak naprawdę, mało kto wie, że wychowałeś się i do dziś mieszkasz w okolicy, w której kibicuje się Ruchowi.

- Urodziłem się na Bykowinie, gdzie wszyscy są za Ruchem, ale tak się to jakoś potoczyło, że nigdy mnie do niego nie ciągnęło. Za młodego grałem na Wawelu Wirek. Miałem fajną ekipkę, znajomych. Było mi tam dobrze, nawet nigdzie się nie chciałem ruszać. No, ale któregoś dnia pojechaliśmy na zimowy turniej do Gwarka Zabrze, no i ja tam zdobyłem najlepszego zawodnika. Zaraz rodziców zaczęli bajerować, żebym do nich przyszedł. Że będzie szkoła, liceum, że wszystko pozałatwiają. A ja, wiadomo - w takim wieku, że rodzice tylko patrzyli, gdzie dalej mogę pójść się uczyć, więc jak tylko usłyszeli, nie było gadania. Wstawałem rano. O szóstej miałem autobus z osiedla na Wirek. Potem przesiadka. O siódmej rano trening w hali, o 9:30 szkoła. O 14. przerwa i o 17. znowu trening. Dopiero o siódmej wieczorem, zawsze autobusem numer 39, wracało się do domu. Dzień w dzień tak samo. Niektórzy mieszkali w internacie, ale ja przecież miałem „tylko” godzinę drogi. Zresztą, rodziców ledwo było stać na bilet miesięczny. Nie mówiąc o 500 złotych na internat.

Dorabiałeś jakoś?

- Mama miała swoją działalność. Taki sklepik, więc chodziłem rano do niej wypakowywać towar.

Zdarzały się jakieś przygody na osiedlu? Ktoś chciał cię "przekonać" do Ruchu?

- Ogólnie, na tej mojej dzielnicy zawsze było dość spokojnie. Ludzie interesują się piłką, ale nie w takim stopniu, żeby robić jakieś jazdy. Są inne dzielnice, jak na przykład Niebieskie Dachy, gdzie jest paru takich gości. Ale oni zawsze byli dla mnie w porządku. Wiedzą, że gram w Górniku. Ja się na nich nigdy nie napinałem, więc nic do mnie nie mają. Czasem tylko jacyś młodzi coś tam odstawiali. Jeszcze tak trzy lata temu, jak jechałem autem, a oni stali na przystanku, to pokazywali różne „fucki”. To było nawet śmieszne.

Ty godosz po śląsku.

- Noo, ciągle. W doma ciągle godom. Ale jak wyjeżdżam poza, to nie. W szatni Górnika ci, którzy są stąd, jak ja, Olo Kwiek czy Łukasz Skorupski, normalnie godoją po Śląsku. Aż się z nas czasami śmieją. Mówią – zacznijcie gadać po polsku. Jak ostatnio jechaliśmy na kadrę, wszyscy robili sobie jaja, jak my się tam z resztą dogadamy. No, ale tak ogólnie, to ta gwara już zanika. W centrum Katowic albo Zabrza już prawie jej nie słychać. Najbardziej jeszcze w Bytomiu albo na Rudzie. Tam, gdzie się urodziłem.

Kto z twojego rocznika w Gwarku przetrwał do dziś w miarę poważnej piłce?

- Przemek Trytko, Dawid Jarka, ja, Tomek Cywka. Kiedyś był jeszcze taki Marcin Sobczak. Chyba tyle. Ty, właśnie, ale odnośnie Jarki - jak opowiem jedną historię, to padniesz. O testach w Górniku. Chcesz?

Dawaj.

- To była zima, jakoś w połowie grudnia. Dzwonią do mnie, że w styczniu mam iść na testy do Górnika. Problem w tym, że jeszcze koło dziesiątego grudnia byłem na testach w jakiejś trzeciej lidze. Graliśmy sparing, w którym upadłem na kolano i zaczęła mi się w nim woda zbierać. Myślę sobie – ja pierdziele, testy w Górniku, a ja z wodą w kolanie. No, ale nic. Pojechaliśmy razem z Dawidem Jarką na pierwszy obóz. Kolano tak bolało, że całe zgrupowanie nie ćwiczyłem. Taka szansa, a ja nic, ani jednego treningu. Cały tydzień przeleżałem w hotelu i grałem na PlayStation. Myślę sobie: "nie ma szans, na bank mnie wywalą". Jak tylko przyjechaliśmy z obozu, mówię mamie, która akurat była pielęgniarką: "mamo, ściągnij mi tę wodę". Wzięła strzykawkę, cały płyn ściągnęła i mówi, żebym domowym sposobem okładał kapustą. No i wyobraź sobie, że to chyba zaczęło mi pomagać.
Nagle się okazuje, że Górnik weźmie mnie na drugi obóz. Dadzą mi szansę w Turcji. Spytaj Dawida Jarki, jak Boga kocham, pojechałem na zgrupowanie z... wielką głową kapusty w torbie. Spakowałem, żeby nikt nie widział no i jazda. Lekarzom nic nie mówiłem, tylko okładałem w pokoju to cholerne kolano. Tak bardzo się chciałem dostać. No i się dostałem…

Dawno nikt nie opowiedział mi czegoś tak absurdalnego. Boję się kolejnego pytania. Ale ok, niech stracę. Dlaczego kiedyś na pytanie, kim byś został w przyszłości, gdybyś nie był piłkarzem, odpowiedziałeś, że razem ze „Skorupem” bylibyście ochroniarzami w „Pom-ce”?

- Miałem taki okres – dwa, trzy lata temu – że różnie mogła się potoczyć ta moja kariera. Mogłem nawet w ogóle przestać grać w piłkę. W klubie nie szło, ciężko było się załapać do składu. Zaczęliśmy trochę imprezować. Jeździliśmy razem ze Skorupem (Łukaszem Skorupskim – od red.) do „Pomarańczy”, takiego klubu w Katowicach. Ochroniarze, jak tylko nas widzieli, już wiedzieli, że coś się będzie działo. Nie było imprezy, żeby nas z lokalu nie wyrzucali. Poważnie. Wszyscy coś do nas mieli. Że niby przychodzą piłkarze i się lansują. A my przecież normalnie chodziliśmy na imprezy.

Jakbyście normalnie chodzili, to by was nie musieli co chwila wyrzucać.

- No, bo wiesz. Z nami nie było gadania. Jak tylko jakiś gość do nas przystartował, to my od razu swoim odpowiadaliśmy. Ogólnie, nie dawaliśmy sobie z Łukaszem w kaszę dmuchać. Różnie to było. Czasami jakaś sprzeczka, czasem awanturka. Aż w końcu ci wszyscy ochroniarze świetnie nas z tych łapanek znali. W pięciu do nas przychodzili, brali za fraki i wyjazd (śmiech).

Czyli Skorupski, Kwiek, lorneta, meduza – to twoje klimaty. Czemu cię tam z nimi nie było?

- Chyba chory byłem (śmiech). Możliwe, że jakby nie to, to i ja bym tam z nimi siedział.

Na powołanie do kadry też zareagowałeś tak, jak Łukasz? Filmik z nim był hitem Internetu.

- Ja akurat się dowiedziałem jako pierwszy. Trener zadzwonił do mnie rano. Najpierw mówi coś o meczu z Podbeskidzie, że trzeba wygrać, że musimy przycisnąć, a potem, że ma dla mnie jakieś bardzo dobre wiadomości. No, to sobie myślę… może pieniądze do klubu przyszły. Serio. To była moja pierwsza myśl. A trener na to: „selekcjoner Fornalik o ciebie pyta”. Szczęka momentalnie mi opadła. Wiesz, taki ważny mecz. Anglia – sami obrońcy z zagranicy. Kto by się spodziewał. Na początku trener Nawałka nic konkretnego nie powiedział, tylko tyle, że dzwonił Fornalik i że jest zainteresowanie. Dopiero potem, w szatni, wręczył nam powołania – mnie i Łukaszowi, a Arkowi powiedział, że jest na liście rezerwowej.

I co, poszła od razu szydera w szatni?

- No pewnie. Gadali, że dostałem powołanie, bo jestem blondynem. Że niby teraz na stoperze sami tacy. Perquis – blondyn, Glik – blondyn, Piszczek – blondyn, ja tak samo. Tylko „Wasy” musi się przerobić.

Piszczka to akurat znałeś chyba jeszcze z Gwarka.

- Kiedy przychodziłem do szkółki, on był na ostatnim roku. Z widzenia wszyscy go znali. Był jeszcze wtedy napastnikiem, gole strzelał, więc jak tylko się pokazał, wszyscy mówili - o, idzie Piszczek. Zajebisty grajek. Nikt tam z młodych się do niego nie odezwał, ale każdy patrzył jak w obrazek. Wszyscy go szanowali, bo on już był wtedy po mistrzostwach Polski, jako najlepszy strzelec.

Podobno bardzo wam na tym ostatnim zgrupowaniu pomógł.

- Pewnie. On też kibicuje Górnikowi, więc od razu nas wziął, zagadał – co tam żabole? I potem cały czas nam pomagał. Ale naprawdę, wszyscy byli spoko. Nie, żeby ktoś jakoś gwiazdorzył. Nikt się nie napinał, że gdzieś tam gra w wielkim klubie i nie wiadomo kim on jest. Kuszczak był w porządku – siedzieliśmy na obiadach przy jednym stole – Tytoń, Wasyl. Dobra ekipa. Szkoda tylko, że nic nie pograłem. Chociaż ja też jestem realistą i twardo stąpam po ziemi. Przed RPA były jeszcze nadzieję, że coś tam powącham, ale o Anglii to nawet nie myślałem. Wiedziałem, że nie mam wielkiej szansy.

W czasach Smudy też raz dostałeś powołanie, ale nie pojechałeś z powodu problemów z wątrobą. O co dokładnie chodzi? To coś poważnego? Choroba może jeszcze kiedyś nawrócić?

- Na razie mam zastrzeżenie od lekarza, żeby odrzucić alkohol i żeby uważnie się odżywiać. Myślę, że to wszystko przez tatuaż, bo na pewno się z tym nie urodziłem. Ktoś musiał mnie zarazić, a to jest możliwe tylko przez krew, na przykład przez igłę. Kiedy przechodziłem pierwsze badania w Górniku wszystko było dobrze, ale potem, jak zrobiłem sobie pierwszy tatuaż, zaczęło się pogarszać. Do tego stopnia, że właśnie za Smudy nie mogłem pojechać na reprezentację.

Już kiedyś byłeś na zgrupowaniu w Turcji, w czasach Beenhakkera. Traktujesz to jako swój pełnoprawny debiut. Biorąc pod uwagę, że to był tylko sparing w składzie krajowym?

- Eee, nie. Zresztą, co ja tam zagrał? Siedem minut chyba. Nawet nie wiem, czy piłkę dotknąłem. Tyle lat to było temu, że w ogóle nie rozpamiętuję. No, pamiętam tylko, że jak Beenhakker raz się do mnie odezwał, to tylko się uśmiechnąłem i pokiwałem głową, bo ja tylko sprechen deutsch - od bajtla. Młody człowiek był, to angielskiego tak nie umiał. No, w każdym razie, to ostatnie powołanie było znacznie cenniejsze, bo jednak do pierwszej reprezentacji w najlepszym składzie i to jeszcze przed tak ważnym meczem.

Podobno Adam Nawałka szybko was po powrocie sprowadzał na ziemię.

- Od razu zrobił przemowę, żebyśmy nie odfrunęli. Jak tylko przyszedł, powiedział, że to co było, to już jest przeszłość. Historia. I albo będziemy dalej grać dobrze, albo to już nie wróci i kolejnych powołań nie będzie. Teraz najważniejsza jest liga. Tylko tym możemy znowu dostać się do kadry.

Z Nawałką to jest w ogóle ciekawa sprawa, bo patrząc z boku wydaje się przecież takim stonowanym, spokojnym facetem. A w szatni – przyznasz – czasem jest demolka.

- Dyscyplinę trzyma niesamowicie. Jak wchodzi do szatni, to wszyscy stają na baczność. Jest dwadzieścia osób, to zaraz robi się dwanaście, bo każdy się gdzieś chowa (smiech). Ale nie, nie można na niego powiedzieć złego słowa. Autorytet. Zawodnicy go szanują. Wszystkie drobnostki potrzebne dla drużyny to przecież on załatwia – żebyśmy mieli jak najlepsze warunki, jak najlepsze przygotowania do sezonu. On o to wszystko walczy i coś tam się w Zabrzu zaczyna pomalutku kręcić.

Gdyby nie nieodłączny problem kasy.

- Wiadomo, że z tym nie zawsze jest kolorowo, ale miasto pomaga. Teraz wszyscy czekają aż zrobią stadion. Wtedy, miejmy nadzieję, coś się ruszy, bo przecież potencjał jest. Jak w pierwszej lidze graliśmy derby z GKS-em, to przyszło dwadzieścia tysięcy ludzi. O, albo mecz z Ruchem na Stadionie Śląskim. Ja wtedy siedział na ławie, ale fajne derby były. Chyba najlepsze, jakie pamiętam. Wygrane 1:0.

Może to zabrzmi abstrakcyjnie, ale wyobrażasz sobie siebie grającego z Górnikiem w europejskich pucharach? Skoro Ruch mógł (wiadomo z jakim skutkiem), to dlaczego nie Górnik?

- Zima będzie najważniejsza. Zobaczymy, kto zostanie, kto odejdzie. Na razie naprawdę nikt w szatni nie myśli o pucharach. Ale chyba jest w nas jakiś potencjał. Nie ma wielkich gwiazd, za to jest paru młodych, paru starych. Fajna ekipa się zebrała. Chyba najlepsza od kiedy jestem w Zabrzu.

Niedawno w jednym z wywiadów w Przeglądzie Sportowym powiedziałeś, że gdyby była taka opcja, to ty mógłbyś zostać w Górniku nawet do końca kariery. Nie przeszarżowałeś trochę?

- Jak nikt mnie nie będzie chciał… Na razie nie ma żadnych zapytań. Mam ważny kontrakt jeszcze przez dwa i pół roku. Wiadomo, że jakby się coś pojawiło, to zawsze idzie to rozważyć, ale póki co jest cisza. Zresztą, nie zaprzątam sobie tym głowy, po jak za dużo myślę, to potem zwykle nie dojeżdżam na mecze. Miałem już kiedyś taki okres. Myślałem, że pójdę na wypożyczenie. Trenerzy rzucali mnie po pozycjach. Czasem grałem na prawej obronie, jeszcze wcześniej na defensywnym pomocniku. Potem znowu ławka. A wiadomo, jak człowiek nie gra regularnie, to sobie od razu myśli, jaki jest beznadziejny. Czasem przychodziły takie myśli, żeby to wszystko rzucić i pójść do roboty. Zjechać na dół, na kopalnię i tyle.

Trochę teraz przesadzasz czy serio o tym myślałeś?

- Serio. I to wiele razy. Brat robi w kopalni i sobie chwali. Pewny pieniądz, barbórka w grudniu i dziękuję. Ogólnie, dużo ludzi na Śląsku próbuje teraz iść na kopalnię, bo prawie nigdzie tak dobrze nie płacą. I to jeszcze z umową na stałe. Są chłopaki, którzy dają sobie spokój z piłką, bo jak mają co tydzień jeździć po Polsce za jakieś grosze w trzeciej, czwartej lidze, to przecież przestaje się opłacać. Klub nie płaci, a potem co? Ani nie masz żadnych lat przerobionych, ani emerytury. A ludzie tu na Śląsku się nie boją robić. Ja też bym się nie bał. Mógłbym zjeżdżać na dół.

Tak czy inaczej, przyszedł już taki moment, że za transferem powoli można się rozglądać.

- No, ale jaką masz tu dla mnie lepszą opcję? Jestem ze Śląska, tu się urodziłem, tutaj mieszkam, tutaj mam znajomych. Dobrze mi w Zabrzu. Tym bardziej, że teraz całkiem dobrze gramy. Kaj się mam ruszać? Jak już gdzieś wyjechać, to najlepiej za granicę, żeby spróbować – czy się w ogóle nadaję. Ale na razie nie było żadnego tematu. Od czterech lat mam tego samego menedżera, spokojnie do tego podchodzę...

Menadżera – specjalistę od podróży do Turcji. Lubisz kebab? Na wszelki wypadek pytam.

- Spokojnie. Jakby chciał mnie na siłę gdzieś pocisnąć, to może i by pocisnął, ale na razie się nie napinam. Wiadomo, zagrasz trzy słabe mecze i lądujesz w boksie. No, ale póki co jakoś to idzie.

Czasem nawet jakiegoś koguta dostaniesz. Zawsze byłem ciekaw, co wy z nimi robicie?

- Leon daje nam koguta (Staszek, ale my na niego gadamy Leon), a potem jak kto woli. Może sobie wziąć do domu albo mu zostawić. Wtedy on go obiera i na koniec daje samo mięso. Fajny jest. Jajka przynosi, wszystko. Tyle lat, a on na każdym meczu. Na Górniku jest codziennie, od rana do wieczora. Może nie być prezesa, ale Leon jest zawsze. To jego ukochany klub. Żyje tym jak mało kto.

U was w szatni też prawie wszyscy mają jakieś ksywki. Czemu ty jesteś akurat kaban?

- (śmiech). Stwierdzili w szatni, że jestem taki ubity, że wyglądam jak kabanos. Że palce mam grube, no i ogólnie kaban. Ale inni też różne mają, wiadomo. Na Pawła Olkowskiego gadamy na przykład Jasiu - od Jasia Furtoka. Wmówiliśmy mu, że jest ikoną GKS-u Katowice i dlatego Jasiu. Michał Bemben to „Opa”, czyli po śląsku dziadek. Też fajny, poukładany chłopak. Widać, że grał w Niemczech.

Jest jeszcze jeden ważny temat, którego nie ruszyliśmy. Ma na imię Klaudia. Ponoć jest modelką. Dawniej też piłkarką. Kiedyś się przyznała, że po kiepskim meczu dostajesz od niej bęcki.

- Wszyscy pisali o niej, że modelka, ale ona się wcale nie uważa. Sesje robiła sobie raczej amatorsko albo tak żeby zarobić jakieś drobniaczki. Nic więcej. Kiedyś grała w piłkę w Sparcie Zabrze, jej ojciec grał w Szombierkach. Teraz już nie, bo urodził nam się synek. Ale ma trochę pojęcie. Jak kiepsko zagram, to tylko popatrzy, pokiwa głową – słabo, słabo. Wprost mi powie.

Trener Nawałka też po cichu przez cały sezon prowadzi swój ranking.

- Po każdym meczu trenerzy między sobą ustalają noty, jak kto zagrał. My tego nie widzimy i nie mamy do nich wglądu. Dopiero na koniec, jak jest podsumowanie sezonu, to wtedy pojawia się lista, kto ma jakie oceny. Trener wywiesza na tablicy średnią za cały sezon i zawsze dla dwóch czy trzech najlepszych zawodników są jakieś nagrody. Kiedyś, chyba jeszcze Banaś i Zahorski, mieli za to dostać wycieczkę do Turcji, ale minęły trzy lata i jeszcze nie wylecieli. Jak widać, muszą cierpliwie poczekać na nagrodę.

Ty też byłeś ostatnio w czołówce, choć akurat nie o tym chciałem mówić. Zakończymy być może pesymistycznie, ale kiedyś powiedziałeś w jednym z wywiadów: „dawniej z moją grą bywało różnie. Po części z mojej winy”. Nigdy później tego nie rozwinąłeś. To przez te imprezy? To, o czym rozmawialiśmy na początku?

- Dokładnie. To był dla mnie ciężki okres. W czasach Komornickiego, jak spadliśmy z Górnikiem do pierwszej ligi. Każdy w karierze ma jakieś wzloty i upadki, no i ja miałem właśnie wtedy taki dołek. Imprezowaliśmy. Siedziało się w domu, nie było co robić, to zaraz zadzwonił jakiś znajomy i szło się na dysia… Wszyscy na Śląsku wiedzieli, jak ruszyliśmy gdzieś ze Skorupem. Forum w Internecie aż huczało. Ludzie gadali, że słabo gramy, bo imprezujemy w „Pomarańczy”. Czasem to nawet do Krakowa się jeździło na dyskotyki, busikiem za dziesięć złotych w jedną stronę. Wiesz, to nie jest wszystko takie proste. Wpadasz w dołek, wszyscy cisną cię w gazetach, w komentarzach piszą, jaki ch... zawodnik. Czytasz o sobie takie rzeczy i naprawdę możesz lekko się załamać. Ja myślałem przez chwilę – co ma być, to będzie. Będę grał, czy nie – wszystko mi jedno. Jak nie będę, to pójdę do roboty i będę miał czyste papcie. Przynajmniej nikt nie będzie ze mną jechał.

Co się stało, że wreszcie się obudziliście? Dziś liczycie się w szatni i na boisku.

- Akurat to był taki moment, że i ja, i Skorup rozstaliśmy się z dziewczynami. Prawie w tym samym czasie. W piłce nie szło, nic nie potoczyło się tak, jak miało, więc ruszyliśmy w miasto. Dobrze, że się ogarnęliśmy, bo mogło być różnie. Ja poznałem Klaudię. Łukasz wrócił do swojej dziewczyny i to chyba one nas tak przytrzymały. Dzięki Bogu. Dobrze, że wtedy się wyszaleliśmy, że to się stało wcześniej.

Teraz to by już pewnie nie przeszło...

źródło: weszlo.com



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2021 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera]