Forum
 

Waldemar Matysik: Najlepszy był Cantona

Waldemar Matysik to legenda Górnika Zabrze i reprezentacji Polski. Najlepszym zawodnikiem, z którym grał był jednak Eric Cantona.
W niedzielę wrócił do Niemiec. Mieszka w Bonn, jest fizjoterapeutą, w poniedziałek pójdzie do pracy. Dziś ma wielki komfort, bo nie musi do niej codziennie dojeżdżać 150 kilometrów w jedną stronę, jak to miało miejsce jeszcze kilka lat temu. Przede wszystkim jednak jest szczęśliwym człowiekiem... Waldemar Matysik nie pobił w karierze żadnego rekordu występów, strzelonych goli, nie jest autorem niezapomnianych akcji, a jednak jego nazwisko jest dziś legendarne. Jak każdego kolejnego bramkarza będziemy porównywać do Jana Tomaszewskiego, każdego lidera drużyny do Kazimierza Deyny czy Zbigniewa Bońka, a napastnika do Włodzimierza Lubańskiego, tak wzorem defensywnego pomocnika, pewnie na kilka kolejnych dekad, pozostanie Waldemar Matysik.

Trafił do jedenastki wszech czasów Górnika Zabrze, a to już coś. Wielu widzi go w jedenastce wszech czasów reprezentacji Polski. Kiedy miał 18 lat, grał w Carbo Gliwice. Kiedy miał lat 27 był filarem trzeciej drużyny świata, grał dwa razy w finałach mistrzostw globu i był trzykrotnym - z rzędu - mistrzem Polski. Mało? Grał trzy lata w Auxerre, trzy lata w Hamburgu, zawsze w wyjściowej jedenastce. W sumie 13 lat wielkiej kariery piłkarza, a przede wszystkim człowieka, który dziś mówi tak:

- Sport to jedno, element życia. Największą „radochę" miałem pracując kilka lat temu z dziećmi w przedszkolu. Część z nich mówiła do mnie „papa". Gdybym miał wybrać jedną ludzką cechę, którą cenię najbardziej, to bez żadnych wątpliwości powiem dwa słowa: szczerość i serce. Dzieciaki odczytują to najlepiej...

» Fajnie się spotkać po latach...

- Fajnie... Choć akurat ja ze „Sportem" mam ciągły kontakt. W niedzielę po mszy zawsze kupuje pod kościołem w Bonn waszą gazetę. Piszecie dużo o śląskiej piłce i to jest dobre. Szkoda, że mniej o jej sukcesach. Gdyby jeszcze każda gazeta była tak gruba jak w poniedziałek... Może jestem sentymentalny, ale nie zapomnę, jak w „Sporcie" dostałem w 1986 roku „10" za mecz z Legią. Najważniejszy w walce o mistrza Polski. Wygraliśmy 3:0, a ja „opiekowałem" się Darkiem Dziekanowskim. Zawsze mi wypomina ten mecz, mówi, że nigdy go nie zapomni. Wybiłem mu wtedy piłkę z głowy... Zostaliśmy mistrzem, chyba z najlepszą drużyną Górnika w tamtych czasach, a na stadionie godzinę przed meczem było 25000 ludzi.

» Dziś jest 3500...

- To smutne, ale skoro łączy się to z budową nowego stadionu, to niech tak będzie. Górnika czeka trudny okres. Wielu kibiców przez dwa lata nie zobaczy drużyny, piłkarze będą grali przy pustych trybunach, ale to trzeba przeżyć. Jestem przekonany, że na nowym stadionie Górnik „odpali". W Polsce, ale też w Niemczech, Górnik ma tysiące fanów. Jak klub będzie mądrze prowadzony, to doczekamy się dobrych czasów.

» Był pan na meczu z Widzewem. Jakie wrażenia?

- Stadion ten sam, co na początku lat 80., podobnie szatnie. Sportowo? Nie było najlepiej. Brakuje w tym zespole lidera, jest problem z wytrzymaniem meczu fizycznie, a na tym punkcie jestem wyczulony, bo to podstawa zawodowej piłki. Z drugiej strony nie chcę oceniać zespołu po jednym meczu. Inna jest na pewno otoczka. Trzydzieści lat temu takie spotkanie, jak dziś moje z kibicami i dziennikarzami, pewnie nie byłoby możliwe. Wzruszyła mnie koszulka z nazwiskiem i numerem „7", którą dostałem. I jeszcze koszulka dla syna. Mateusz ma 25 lat, urodził się jeszcze w Polsce, w trakcie mistrzostw świata w Meksyku. To wielki fan Górnika. Nie kryję, że „załatwiam" w Zabrzu, by przyjechał tutaj na testy. Może w zimie. Grał w juniorach FC Koeln, ale miał poważną kontuzję, doszła szkoła... Gra w VfL Alfer, to piąta liga w Niemczech. Niech spróbuje.

» To dobry moment, by wrócić do historii. Czternastoletni Waldek Matysik ogląda w Stanicy mistrzostwa świata w Niemczech i Jerzego Gorgonia w obronie trzeciej drużyny świata. Pięć lat później byliście kolegami...

- Kolegami?! Wszedłem do szatni i mówiłem, „Panie Gorgoń, czy mogę tutaj usiąść...". Zanim były mistrzostwa w Niemczech, z wypiekami oglądaliśmy Górnika w meczach z Manchesterem czy Romą. To Jurek powiedział, że jak gramy w jednym zespole, to jesteśmy „na ty". Starałem się bardzo. W „gierkach" zawsze każdy stawiał dziesięć złotych i przegrywający płacił. Raz przegraliśmy, sięgam po „złotówkę", a Jurek wykłada „stówkę" i mówi: - Przegraliśmy, ale „Waldi" grał za dziesięciu i był najlepszy. Ja płacę...

» Górnik był w drugiej lidze?

- To nie miało znaczenia. Wtedy ta nazwa robiła wrażenie i mam nadzieję, że dziś jest podobnie.

» Jak ze Stanicy - pewnie mało kto wie, gdzie to jest - trafiało się ponad 30 lat temu do Górnika?

- Po Stanicy było Carbo Gliwice. Minęły trzy lata i odezwał się Piast Gliwice. Dwa miesiące tam trenowałem. Na zajęciach było w porządku, ale potem poker, piwo... To nie było dla mnie. Najważniejsze było moje spotkanie w gliwickim ratuszu. Już była oferta z Zabrza i prezydent zapytał mnie, gdzie chcę grać. Wydusiłem z siebie, że w Górniku... Powiedział, że mam jechać do Zabrza. Ojciec nie wiedział, co ma zrobić. Dostał od Piasta 6 tysięcy i telewizor. Mnie Górnik zapłacił 60 tysięcy, więc powiedziałem, że telewizor ma oddać, a ja kupię nowy i kasę Piastowi oddam. To był dobry wybór.

» Rok przełomowy to 1981?

- Najpierw był rok 1980. Była „afera na Okęciu" i trener Kulesza w trybie pilnym ściągnął mnie na Maltę. Graliśmy eliminacje MŚ. Włodek Smolarek strzelił gola, potem Leszek Lipka i zaczęto w nas rzucać kamieniami. Mój wkład w ten mecz był taki, że „Smolara" osłaniałem, kiedy wracał do szatni. Wtedy nawet policja na koniach wjechała na boisko. Niezapomniany widok. Potem faktycznie był rok 1981... Wspaniały. Z jednej strony wolność i „Solidarność", a z drugiej wielkie sukcesy. Zaskoczę pana, ale nie zaczęło się meczem kadry.

» Wiem, zaczęło się meczem z Widzewem, mistrzem Polski, z którym wygraliście 4:0. Pilnował pan Bońka, wtedy megagwiazdę polskiej ligi i jeszcze sam pan strzelił dwa gole.

- Ktoś to jeszcze pamięta? Zbyszek był chyba w szoku. Nie odstępowałem go na krok. On w lewo, ja jak jego cień i odwrotnie. Ten mecz był przepustką do wielkiej piłki. Zresztą, jaki mieli wtedy skład! Zbyszek, Młynarczyk, Smolarek, Żmuda, Tłokiński, Rozborski...

» Ponoć po tym meczu to właśnie Boniek powiedział trenerowi Piechniczkowi, że warto postawić na Matysika?

- To wie trener i Zbyszek, nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Miałem z „Zibim" świetny kontakt. Obaj mieliśmy rude włosy, więc jak zagraniczne stacje komentowały mecze, to w drugiej linii zawsze był przy piłce Zbyszek. Kiedyś mu powiedziałem, że skoro jest najbardziej wszechstronnym piłkarzem w Europie, czyli jest jednocześnie w defensywie i ofensywie, to zasłużyłem chyba na „działkę". Oczywiście to był żart. Faktem jednak jest, że za kilka tygodni ograliśmy w NRD gospodarzy 3:2. Dla mnie było to niesamowite! 21 lat, awans na mistrzostwa świata, mecz w Lipsku, gdzie wszyscy byli przeciwko nam... Najważniejsze dla mnie było jednak to, że idealnie wrzuciłem piłkę na głowę Andrzeja Szarmacha, idola mojej młodości, i po tej akcji padł gol. Dwa tygodnie później ograliśmy w Buenos Aires Argentynę, wtedy mistrza świata. Te tygodnie zadecydowały o mojej silnej pozycji w kadrze.

» Dwie bramki w Widzewem to w pana przypadku rzadkość.

- Może dlatego pamiętam wszystkie gole w długiej karierze. Jak ten strzelony w Auxerre przeciwko Bordeaux. Oglądali mnie już ludzie z Hamburga, a Guy Roux absolutnie nie chciał mnie sprzedać. Więc wystawił na bocznej pomocy. Byłem najlepszy na boisku, strzeliłem gola, a ludzie z Hamburga się zachwycili. Kontrakt był ważny jeszcze rok, ale minęły już trzy lata i był to dobry moment na odejście. Tak trafiłem do Niemiec.

» Cofnijmy się jeszcze o kilka lat. Zanim Gorgoń wyłożył za pana „stówkę"...

- Jeździłem do Zabrza dwoma autobusami. Rozkład był taki, że na Roosevelta byłem godzinę przed treningiem. To pomagałem magazynierowi - cudowny człowiek - układać buty, stroje, piłki... On pierwszy powiedział „Waldi, z ciebie coś jeszcze bedzie..."

» Rok 1979 to druga liga, a sześć lat później mistrz Polski. Jak do tego doszło?

- Odpowiedni ludzie w odpowiednim czasie i miejscu. Stały za nami kopalnie, więc mieliśmy duży komfort pracy, ale najważniejsze rzeczy działy się w klubie. W dobrym momencie nastąpiła zmiana trenera. Najpierw świetną pracę wykonał Zdzisław Podedworny, potem przejął to Hubert Kostka. Górnik kapitalnie trafiał z transferami i to przez kilka lat, co pewnie też nie było dziełem przypadku. Przecież pierwszy po latach tytuł wywalczyli piłkarze, których wcześniej mało kto znał. Powiedzmy, że ja i Andrzej Pałasz mieliśmy już medal mistrzostw świata, ale Cebrat, Kostrzewa, Gunia, Dankowski, Majka, Cyroń... Trafiali do Zabrza z niższych lig. Dopiero potem sięgaliśmy po gwiazdy. Urban, Warzycha, Iwan... Mnie cieszy, że „Ajwen" u nas odżył. Znałem go od lat, wydawało się, że już się nie odbije, ale to w Zabrzu miał najlepszy okres kariery. Świetny piłkarz.

» Przeszłość ciążyła?

- Oczywiście. Przecież jak zdobywałem medal w Hiszpanii, było to ledwie dwanaście lat po finale PZP, w którym grał Górnik. Cały czas było gadanie, że jesteśmy dobrzy, ale Szołtysik, Kostka, Pohl, Oślizło, Lubański... Dziś gramy czasami w oldbojach i jest fajnie. Wtedy bywało, że człowiek się denerwował, ale myślę, że gdyby nie „ciśnienie" przeszłości, to nie bylibyśmy cztery razy z rzędu mistrzem Polski. Mieliśmy naprawdę świetny zespół. Do tańca i różańca. Po 25 latach często się spotykamy, choć częściej w Niemczech niż w Polsce, ale zawsze najważniejszy jest człowiek. Mamy w Niemczech swojego Górnika, a takie spotkanie jak w Zabrzu z kibicami... Koszulki, medale, wspomnienia... Nie wiem, czy więksi ode mnie tego dożyli. Mam 50 lat, ale mnie to naprawdę wzrusza.

» W europejskich pucharach wam jednak nie wyszło...

- Bayern, Anderlecht, Rangers... To były wielkie kluby. Dziś mogę „gdybać", ale mam przeczucie, że gdybyśmy z Bayernem grali w Zabrzu, a nie na Stadionie Śląskim, to mogło być inaczej. Niemcy byli w naszym zasięgu... Faktycznie, rywale byli wtedy lepsi, ale ten Górnik był cztery razy z rzędu najlepszy w Polsce, a już po moim odejściu był o krok od wyeliminowania Realu.

» Półfinał mistrzostw świata z Włochami w Hiszpanii był do wygrania?

- Myślę, że nie. Mówiono, że mieli dobre „wspomaganie", a my byliśmy wykończeni fizycznie. Nie mieliśmy w tym meczu większych szans.

» Pamięta pan premię za medal?

- Jak ktoś grał we wszystkich meczach, to dostał 10 tysięcy dolarów. Ja w meczu o trzecie miejsce wszedłem w przerwie, więc dostałem 8,5 tysiąca. Dziś to śmieszna kwota. Ale rok później za te pieniądze kupiliśmy domek w Pilchowicach, skąd pochodzi żona.

» Kiedyś tam wrócicie?

- Pewnie już bez dzieci, ale my na pewno. Rok w rok wracamy, odświeżamy i po roku robimy to samo. Ale domek jest nie do ruszenia.

» Poza kasą były inne nagrody?

- Indywidualna - dla najmłodszego gracza medalowej drużyny. Jesteśmy w siedzibie PZPN i nagle wręczają ją... Andrzejowi Buncolowi. Wszyscy byli w szoku. Po imprezie Zbyszek Boniek mówi: - „Matys", idziemy do Buncola odebrać twoją nagrodę. Z Andrzejem do dziś jesteśmy oczywiście przyjaciółmi, często się spotykamy, ale faktów nie zmienimy - jestem od niego młodszy.

» Co panu mówią dwie marki samochodów - Dacia i Łada?

- Dacia to rok 1982 i talon, który dostaliśmy z PZPN za trzecie miejsce na świecie. Nie miałem prawa jazdy, więc odmówiłem. Andrzej Pałasz mnie „opieprzył" i powiedział, że jak dają, to mam brać. Wziąłem, auto kupiłem i jeździłem bez papierów. Parkowałem pod stadionem na ogródkach działkowych. I raz zobaczyła to milicja. Powiedzieli „panie Matysik, my pana znamy, ale tak nie można". Mówię - to zawieźcie mnie do domu i nie ma sprawy, ale nie mieli paliwa. Akurat wtedy piłkarze nie mieli z kartkami na ten towar kłopotu, bo znaliśmy wszystkie stacje w okolicy. Podjechaliśmy, grzecznie poprosiłem, by im zatankowali i jechaliśmy do Stanicy. Milicjant moją Dacią z przodu, ja jako pasażer z jego kolegą za nimi. Rok później odpowiedni papier już miałem. To były specyficzne czasy, ale jak na takie czasy, piłkarzom żyło się dobrze. Choć do czasów dzisiejszych nie ma porównania.

» Jeszcze zdanie o Ładzie...

- To był rok 1986 i nagroda za drugi tytuł. Wśród kilkunastu, była jedna Łada w kolorze czerwonym i bardzo się na nią napaliłem. Edek Socha „załatwił", że trafiła do mnie. Widok na naszym parkingu był jednak niecodzienny. Same Łady, w tym jedna czerwona....

» Nigdy nie poszedł pan po podwyżkę?

- Raz. Chyba dorosłem, miałem już trochę sukcesów i powiedziałem, że chcę dwa miliony - inny był to pieniądz niż dziś - a jak nie, to Jasiu Furtok już ma dla mnie miejsce w Katowicach. Nigdy nie „cyganię", ale wtedy blefowałem. Najpierw dawali połowę tej kwoty, potem się ze mną zgodzili. Innej podwyżki w Zabrzu nie było.

» Wielu kibiców pamięta nie pana gole, ale pana... pudło.

- Ja też. Miałem „setkę" w meczu z ZSRR w Hiszpanii. Dasajew obronił. Jeszcze raz zacytuje Zbyszka Bońka. Dasajew broni, a on powiedział, „Chłopie, jakbyś trafił, to po meczu zaniósłbym cię na plecach do szatni..."

» Był podział na Śląsk i Warszawę? Myślę o kadrze.

- Prywatnie się kumplowaliśmy. Dziekanowski, Kubicki, Wdowczyk... To byli fajni koledzy, choć za cholerę nas nie rozumieli. A już „jaja" były w „młodzieżówce", jak siedliśmy przy stoliku z Jasiem Furtokiem czy Mirkiem Bąkiem. Myśleli, że jesteśmy z zagranicy. Podziały były jednak w Meksyku, choć nie wiem, skąd się wzięły i kiedy się zaczęły. Pewnie i tak nie wygralibyśmy wtedy z Brazylią, ale atmosfera była zła. W Hiszpanii w autokarze towarzyszyło nam 20 „ubeków". Jeden na jednego piłkarza. Przed meczem z Peru mieliśmy spotkanie z „politycznymi", jakie to ważne dla kraju, dla morale narodu... Wygraliśmy 5:1, ale nie dzięki temu spotkaniu, a klasie i jedności. Rola Zbyszka Bońka czy Grzesia Laty była wtedy dla zespołu kapitalna.

» Z Zabrza wyjechał pan do Auxerre.

- Miałem do wyboru Auxerre i Stuttgart. Tadek Fogiel działał wtedy we Francji i przekonał mnie do Auxerre. Tam cały czas był jakiś Polak. Szeja, Klose, Szarmach, Janas, Zgutczyński... Po dwóch latach opowiadałem „wice" po francusku, a Eric Cantona słuchał.

» To pana młodszy kolega.

- Najlepszy piłkarz z jakim grałem. Umiejętności, osobowość... To było zjawisko. Polskiego piłkarza o podobnych umiejętnościach nie spotkałem, charakterem bliski był mu tylko Boniek - mówił, kiedy wszyscy milczeli i zawsze miał swoje zdanie. Raz sfaulował go facet, a po kilku minutach Eric - jak w karate - dwoma nogami trafił go w biodra i od razu poszedł do szatni. Sędzia gonił go z czerwoną kartką. W Auxerre trener Roux brał mnie przed meczem i mówił: - Jest w Dynamie Zagrzeb taki Boban, masz go wyeliminować z gry. Wtedy nie zrobił nic, a kilka lat później trafił na lata do Milanu. Potem miałem nie dać pograć Detariemu. I nie pograł. Byli lepsi niż ja, ale wiem, że serce do piłki miałem i mam ogromne. Jemu wszystko zawdzięczam. Spotkałem teraz Marka Kostrzewę, który powiedział, że w meczu oldbojów nie zejdzie nawet na minutę. Ja go rozumiem - też nie schodzę.

» Kiedy Matysik był najlepszy?

- Polska telewizja tego nie pokazywała, ale chyba we Francji. A może w Hamburgu? Zdrowie, doświadczenie, dobry wiek.

» Dobrze, ale miał pan 28 lat i w kadrze już nie zagrał.

- Dziwne... Trener Łazarek odwiedził mnie w Auxerre. Zjedliśmy obiad, pogadaliśmy, grałem wtedy regularnie. Powołanie dostałem, ale zgrzyt zaczął się przy wyborze kapitana. Dziesięciu kolegów stawia na mnie, a trener wybrał Waldka Prusika. Konsternacja, pytania... Potem były cztery mecze, w końcu 0:3 z Anglią na Wembley. Obie strony miały dość. Ja tym bardziej, że w prasie warszawskiej zaczęto ze mnie robić zdrajcę, bo przyjąłem niemieckie obywatelstwo.

» Dziś połowa polskiej kadry to ludzie, którzy słabo lub wcale nie mówią po polsku....

- Moja rodzina miała pochodzenie, a w Niemczech mogło grać dwóch obcokrajowców. Dlatego z tego skorzystałem. Polski paszport mam do dziś, dzieci mówią po polsku, pierwszym klubem moim, żony i syna jest Górnik. A obecne czasy? Są zupełnie inne. To kwestia sumienia i... wyniku. Wolałbym, by grali tylko ludzie związani korzeniami i życiem z Polską, ale życzę każdej kadrze sukcesu. Przecież po nas nikt wymiernego wyniku już nie osiągnął. A minęło 30 lat.

» Górnik, Auxerre, Hamburg...

- Górnik na lata 80. był zawodowym klubem. Naprawdę. Mieliśmy wszystko. Od obiadów pani Basi, przez sprzęt, wypłaty, obozy... W Auxerre sami praliśmy koszulki i spodenki, Hamburg to wielki klub, ale tam ważne było, czy na parking podjechałeś w najnowszych dżinsach i najnowszym samochodem. W sumie jednak ponad dziesięć lat grałem, podkreślam, regularnie grałem w wielkich klubach i tego życzę każdemu.

» A potem?

- Z Essen awansowaliśmy do 2. Bundesligi, z Dannelfeld zrobiłem kilka kolejnych awansów. I się skończyło. Jak miałem 37 lat, trafiłem do szkoły, bo nie można być fizjoterapeutą „na pół gwizdka". Teraz jest fajnie, no nie dojeżdżam już do pracy 150 kilometrów, tylko mam ją pod „nosem", w Bonn.

» Żadnych pretensji do losu?

- Ja? Każdego dnia patrzę w lustro i mam czyste sumienie. Rodzina zdrowa i szczęśliwa, brzucha nie mam, za kilka tygodni kończę w dobrej formie 50 lat. Każdemu tego życzę.

» Jakaś piłka?

- Jeszcze kilka lat temu grałem w oldbojach FC Koeln. Trafiłem tam przez znajomych. Jeden-dwa mecze i wielki Overath, kiedyś najlepszy piłkarz Europy, mówi, „On musi u nas grać, bo jest dobry!" Dostawał ode mnie najlepsze piłki, a ja do dziś mam dwa bilety na każdy mecz FC Koeln. I chodzę, oglądam Podolskiego... I gram w oldbojach Górnika. W Niemczech to mamy „pakę". Famuła, Gunia, Pałasz, Kurzeja, Szołtysik, Komornicki, a Floreński na trybunach. Może kiedyś zagramy takim składem na nowym stadionie Górnika? Byłbym naprawdę szczęśliwy...

Waldemar Matysik

Urodzony 27.07.1961 w Stanicy (okolice Gliwic)
Kluby: Orzeł Stanica, Carbo Gliwice
Górnik (1979-87): 173 mecze, 7 goli.
Auxerre (1987-90): 94 mecze, 1 gol
Hamburger SV (1990-93): 94 mecze, 1 gol.
Kolejne kluby: Wuppertaler SV, VfB Visse, RW Essen, Gerlania Dattenfeld.
Reprezentacja (1981-89): 55 meczów, 0 goli.
Trzy tytuły mistrza Polski (1985, 86, 87).
Wicemistrz Europy juniorów (1980).
Trzecie miejsce na świecie (1982)
10 meczów w finałach mistrzostw świata (1982, 86)

Rozmawiał: Dariusz Czernik / Sport

źródło: Sport



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2018 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera] online