Kolekcjoner koszulek z Górnika

- Z Chelsea mam trykot Johna Obi Mikela, ze Spartaka Moskwa mam kapitana Alexa, a z Olimpique Marsylia Benoita Cheyrou - mówi "Przeglądowi Sportowemu" Robert Jeż, piłkarz Górnika Zabrze. 

Jesteśmy z prasy. Chcieliśmy rozmawiać z piłkarzem, który wiosną ma być liderem i gwiazdą Górnika Zabrze.

Robert Jeż: - Prasa, to po słowacku pig, świnia. Znam jeszcze jedno słowo, które w językach polskim i słowackim ma całkiem inne znaczenie. U was szuka się mieszkania, a u nas szukanie ma związek z seksem. A z tym dobrym zawodnikiem to chyba przesadziliście. Jeszcze nawet meczu nie zagrałem. Za pół roku może się okazać, że pójdę z Górnika precz.

Jednak oczekiwania w klubie są wielkie.

- W piłce jest tak, że o wyniku decyduje jedenastu ludzi biegających po boisku. Można mieć indywidualności, ale w ostatecznym rozrachunku liczy się drużyna. Ja nie jestem gwiazdą, ale jednym z tych jedenastu ogniw decydujących o końcowym rezultacie. Sam nic nie zrobię. Liczyć się będzie to, jak ułoży się moja współpraca z pozostałymi zawodnikami. Dlatego tak ważny był ten mój wyjazd na pierwsze spotkanie. Siedziałem na ławce i spokojnie przyglądałem się temu jak gra Górnik. Poznałem bliżej taktykę.

Niewiele brakowało, a wiosną grałby pan nadal w Żilinie. Słowacki klub wycenił pana na 250 tysięcy euro.

- Cena była faktycznie wysoka. Po podpisaniu kontraktu z Górnikiem poinformowałem szefów Żiliny, że w lecie idę grać do Polski. Prezes powiedział, że nie ma sprawy, ale teraz mnie potrzebują, żeby walczyć o tytuł mistrza. Pojawiłem się nawet na prezentacji zespołu przed sezonem. Za chwilę okazało się, że nie sprawy i mogę odejść już teraz.

Warto było uciekać z klubu, który jesienią grał w Lidze Mistrzów?

- W Żilinie byłem już bardzo długo i czułem się tym lekko zmęczony. Potrzebowałem nowego wyzwania, by uruchomić dodatkowe pokłady energii. Już jesienią pomyślałem, że chciałbym spróbować sił za granicą. Górnik był jedynym klubem, który złożył konkretną ofertą. Miesiąc trwały rozmowy, aż w końcu powiedziałem „tak".

Co zostało panu z Ligi Mistrzów, poza bolesnymi wspomnieniami o porażkach?

- Koszulki od największych gwiazd naszych rywali. Z Chelsea mam trykot Johna Obi Mikela, ze Spartaka Moskwa mam kapitana Alexa, a z Olimpique Marsylia Benoita Cheyrou. Poza pamiątkami zostały mi też w głowie lekcje futbolu udzielone przez naszych przeciwników. W eliminacjach do Ligi Mistrzów dostaliśmy Spartę Praga. Ten mecz to były nieomal derby, które wygraliśmy dzięki mądrości naszego trenera Pavla Hapala. Potem jednak trafiliśmy do innego świata. Były mecze, w których przez długi czas wydawało nam się, że dotrzymujemy tym wielkim kroku, że damy radę, ale nagle, w przeciągu kilku minut oni uciekali nam na kilka długości. Co strzał, to padała bramka.

Jaki budżet ma Żilina?

- Cztery miliony euro.

To tak jak Górnik, ale to Żilina zaistniała w wielkiej piłce. Generalnie akcje słowackiej piłki stoją dziś wyżej niż polskiej?

- Nie odpowiem, dlaczego tak jest. My na pewno mieliśmy szczęście, bo gdybyśmy wylosowali w eliminacjach trzeci lub czwarty zespół ligi angielskiej to nie byłoby nas w grupie. Z drugiej strony w piłce słowackiej i czeskiej są pewne rzeczy stałe. Uważam, że jest dobra praca z młodzieżą. Barcik i Kobylik, czyli zawodnicy grający dziś w Polsce na pewno imponują techniką i mądrością taktyczną. Tego się nauczyli, bo od dziecka wpajano im pewne zasady. Takich jak oni jest więcej, i dlatego Słowacja była na mistrzostwach świata w RPA. A jeśli chodzi o pucharowy sukces Żiliny to raz jeszcze przypomnę nazwisko Hapal. Pracowaliśmy u niego ciężko, ale on wytłumaczył nam, że to ma sens. Poza tym, to jest człowiek, dla którego chce się grać. Cała drużyna stała za nim murem, bo czuliśmy, że jemu zależy na każdym z nas.

Jak trafił pan do piłki?

- Tata był ligowym zawodnikiem. Grał nawet w jednej drużynie z Lubomirem Moravcikiem. Krótko, bo jak Moravcik zaczynał, to ojciec już szykował się do wyjazdu do Francji. A ja jestem w Polsce i ciekaw jestem jak to wszystko wyjdzie. Za kilka miesięcy mają przyjechać do mnie żona Dagma i córeczki Erika i Laura. Jesteśmy międzynarodową rodziną, bo żona jest Czeszką, a ja jestem Słowakiem mieszkającym w Czecach. Chwilowo podróżuję po świecie, ale do Czech wrócę.

Wie pan, że omal nie naraził się kibicom Górnika domagając się koszulki z numerem 12.

- Jak zaczynałem rozmowy to ten numer był wolny. Chciałem go, bo z takim samym występowałem w Żilinie. Kiedy jednak podpisywałem kontrakt prezes Łukasz Mazur powiedział mi, że dwunastkę otrzymali kibice.

źródło: Przegląd Sportowy



Redakcja www.Gornik.Zabrze.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są niezależnymi opiniami czytelników serwisu. Jednocześnie redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy zawierających wulgaryzmy, treści rasistowskie, reklamy, itp.

















Copyright © 2001-2021 Górnik Zabrze On-Line - serwis nieoficjalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
[zalecane przeglądarki: Mozilla Firefox, Google Chrome, Opera]